Andrzej Czartoryski

Dyrektor Warsztatów Szkoleniowych w Ośrodku w Laskach

Opiekun nad absolwentami szkoły

 

Andrzej Czartoryski nie żyje

Władysław Gołąb

1 listopada 1999 roku, w uroczystość Wszystkich Świętych w swoim warszawskim mieszkaniu zmarł dyrektor Andrzej Czartoryski. Przemawiając nad jego trumną w dniu pogrzebu, powiedziałem: „Był Człowiekiem rzetelnym, pokornym, prawym, mocno zakorzenionym w tej laskowskiej glebie. Przeszedł przez życie, dobrze czyniąc”.

Andrzej Czartoryski urodził się 12 czerwca 1929 roku w Żurawnie – powiecie żydaczowskim, województwo stanisławowskie (Ziemia Halicka). Żurawno w XV wieku należało do rodu Żurawińskich, w wieku XVIII – Żebrowskich, a w połowie wieku XIX przeszło do rodu Skrzyńskich, z którego pochodzi matka Andrzeja – Helena (1894–1988). Ojciec Andrzeja – Kazimierz Jerzy (1892–1936) pochodzi ze słynnego rodu Czartoryskich herbu Pogoń, sięgającego korzeniami książąt Gedyminów (XIV wiek). Dziadek Andrzeja, książę Witold, miał dziewięciu synów, z których trzech obrało stan duchowny (Michał, wśród 108 błogosławionych wyniesiony na ołtarze).

Pałac Czartoryskich położony był w widłach rzek Świcy i Dniestru. Z okien jego rozciągał się piękny widok na Dniestr i wspaniale utrzymany park z ogrodem botanicznym. Gdy przed kilkunastu laty zadałem dyrektorowi Czartoryskiemu pytanie, co mu najbardziej utkwiło w pamięci z dziecięcych lat, odpowiedział: „Letni wieczór i spływ harcerzy kajakami po Dniestrze. Na każdym kajaku, a może były to łodzie, harcerze wymachiwali pochodniami; po prostu orgia świateł załamujących się w falach Dniestru”. Majątek Czartoryskich w Żurawnie wraz z folwarkami obejmował 10 tysięcy morgów ziemi. Wchodziły w to pola uprawne, łąki i lasy.

Helena i Kazimierz Czartoryscy mieli ośmioro dzieci: Antoniego, Jadwigę, Teresę, Annę, Andrzeja, Cecylię i Barbarę (córka Maria zmarła w dzieciństwie). Dziś żyje tylko Cecylia – kierowniczka Domu Dziecka Niewidomego na Saskiej Kępie w Warszawie (placówka Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach) i Barbara – pracownik naukowy, biochemik.

Dzieci państwa Czartoryskich wychowywane były surowo. Każde musiało poddać się porządkowi domowemu, a więc pobieraniu nauki (w tym celu zatrudniano guwernantki i nauczycieli), osobistej obsłudze i pracy nad sobą. Pałac zbudowany przez ojca Heleny – Antoniego Skrzyńskiego na początku XX wieku (pałac z końca XVIII wieku spłonął w roku 1904) w stylu rezydencji francuskich, wg projektu Władysława Sadłowskiego, był obszerny, mógł pomieścić nie tylko dużą rodzinę książęcą, ale i licznych gości, którzy nader często odwiedzali Żurawno. Wystrój plastyczny pokoi reprezentacyjnych wykonał Piotr Witalis Harasimowicz, rzeźbiarz ze Lwowa, uczeń Leonarda Marconiego. Szczególną ozdobą pałacu była wspaniała biblioteka licząca około 4 tysięcy tomów, w tym rzadko spotykane w domach arystokratycznych dzieła encyklopedystów francuskich oraz cenne inkunabuły (z IV wieku).

Pierwszym tragicznym przeżyciem dla małego Andrzeja była śmierć ojca w 1936 roku w wypadku samochodowym (sam prowadził samochód). Mimo to księżna Helena mocną ręką prowadziła nadal majątek żurawiński. Starsze rodzeństwo Andrzeja na dalszą naukę wysyłano do gimnazjum we Lwowie.

Bajeczne dzieciństwo Andrzeja przerwał rok 1939. Pani Helena Czartoryska z dziećmi i młodzieżą opuściła Żurawno i przeniosła się do Lwowa. Po wejściu do miasta Armii Czerwonej, 22 września zmuszeni byli pod przybranymi nazwiskami uciekać do Pełkinii, majątku dziadków Czartoryskich pod Jarosławiem. Następnie przenieśli się do Żmigrodu. W 1944 roku trzeba było opuścić i Żmigród, gdyż groziło im aresztowanie przez gestapo. Bezpośrednio po drugiej wojnie światowej przenieśli się do Wadowic.

W 1947 roku Andrzej Czartoryski rozpoczął samodzielne życie. Przebywał kolejno w Zakopanem, w Sopocie, gdzie ukończył gimnazjum, i w Poznaniu. W kontynuacji dalszej nauki przeszkodziła inwigilacja Urzędu Bezpieczeństwa. Usiłowano z młodego księcia uczynić współpracownika. Stosowane szykany i pogróżki spowodowały, że musiał opuścić Poznań. Znów pobyt w Sopocie, ucieczka brata Antoniego za granicę i niemal cudem uchronienie się przed aresztowaniem. Bodaj w roku 1950 w Sobieszewie, podczas kolonii dzieci niewidomych z Lasek, spotkał młodą uroczą Olgę Tyszkiewicz. Nawiązana znajomość wkrótce przemieniła się w przyjaźń, a ta we wzajemną miłość. W dniu 4 listopada 1951 roku w kaplicy zakładowej ks. Tadeusz Fedorowicz – krewny pani Olgi, błogosławił młodej parze: Andrzejowi Czartoryskiemu i Oldze z Tyszkiewiczów.

Wkrótce po ślubie wyjechali do Oblęgorka sienkiewiczowskiego. Po roku przenieśli się do Chrobot pod Żyrardowem, gdzie Andrzej przeobraził się w rolnika. Ale, niestety, trudno było utrzymać się z niewielkiego gospodarstwa. Na krótki czas przenieśli się do pobliskiego Mariampola. Praca w rolnictwie, niestety, nie dawała nawet minimum podstaw egzystencji. Andrzej Czartoryski znów szuka sposobu przetrwania w Warszawie. Przenosi się z rodziną do Falenicy, do siostry pani Olgi, później do Zalesia i wreszcie do wsi Laski. Po 1957 roku otrzymuje pracę w Polskim Radio w audycji „Podwieczorek przy mikrofonie”.

Okres do roku 1957 był dla polskiej arystokracji czasem niezwykle trudnym. Tu już nie chodziło o nic innego, jak znęcanie się nad nimi. Czartoryskiemu oferowano zazwyczaj pracę fizyczną i co gorsza, źle wynagradzaną. Dopiero od 1 października 1960 roku otrzymał stałe zatrudnienie w przedsiębiorstwie usługowym „Reklama”. Gdy w dniu 15 sierpnia 1966 roku przenosił się do pracy w Zakładzie w Laskach, w opinii o nim napisano: „...Był zatrudniony na stanowisku kierownika redakcji różnych form reklamy. W okresie tym Andrzej Czartoryski dał się poznać jako pracownik bardzo zdolny, inteligentny, o dużej znajomości wykonywanej pracy. W stosunku do podległego sobie personelu wymagający i taktowny. Jest pracownikiem o dużej samodzielności i inicjatywie, posiadającym szeroko rozwinięty zmysł organizacyjny. Strona etyczno-moralna nie budzi zastrzeżeń”.

16 sierpnia 1966 roku Andrzej Czartoryski został przyjęty do Zakładu w Laskach na stanowisko kierownika do zorganizowania działu zabawkarskiego. W styczniu 1967 roku otrzymał nominację na zastępcę dyrektora Warsztatów Szkolących (dyrektorem był Henryk Ruszczyc). 23 XI 1968 roku w związku ze złym stanem zdrowia Ruszczyca objął stanowisko dyrektora warsztatów.

Od 1973 roku rozpoczęła się moja współpraca z dyrektorem Czartoryskim. Przedyskutowałem z nim dziesiątki godzin. Odbyliśmy wspólnie przejechane samochodem tysiące kilometrów. Dziś z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że był człowiekiem o wielkiej kulturze osobistej. Chyba nikt w moim życiu nie powiedział mi tyle przykrych rzeczy, co właśnie dyrektor Czartoryski i co więcej, jestem mu za to wdzięczny, bo wiem, że jeżeli źle mówił o mnie, to tylko do mnie, wobec innych bronił mnie, jak najlepszy przyjaciel. Ta wyjątkowa lojalność i życzliwość poruszały człowieka do głębi. Mając umysł analityczny, nieraz drażnił swym czarnowidztwem, ale zlecone zadania realizował z pełnym zaangażowaniem. Dziś bardzo mi brak jego wątpliwości, jego dociekania sedna sprawy.

W 1983 roku Czartoryski zaczął narzekać na nogi. Okazało się, że są to problemy krążeniowe. We wrześniu wyjechał na operację do Upsali w Szwecji. Wymieniono mu główne arterie tętnicze. W maju 1984 roku orzeczeniem komisji lekarskiej został zaliczony do drugiej grupy inwalidów. W związku z tym od 1 maja ograniczył swoje zatrudnienie do połowy etatu. Była to jednak fikcja, gdyż praktycznie, podobnie jak do roku 1984, pracował po kilkanaście godzin dziennie. W latach siedemdziesiątych powierzyłem mu, poza kierownictwem warsztatów, zajmowanie się zatrudnieniem absolwentów Zakładu.

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych stan zdrowia Czartoryskiego znów pogarszał się. W styczniu 1990 roku przekazał kierownictwo warsztatów swemu zastępcy, a sam ograniczył się do Działu Absolwentów. I na tym stanowisku pozostawał aż do śmierci. Znał setki niewidomych, ich potrzeby i problemy. W związku z gospodarką rynkową sprawy zatrudniania niewidomych bardzo się skomplikowały. I tu Czartoryski okazał się wspaniałym specjalistą. Jego charakterystyczna cecha, to umiejętność pochylania się nad każdym potrzebującym człowiekiem, nad wszelką biedą. Najbardziej pokochał tych niewidomych, którzy na niczyją pomoc liczyć już nie mogli. Nazywał ich pieszczotliwie – „moje malentasy”. Był dla nich po prostu najlepszym ojcem odnoszącym się z wielką miłością i serdecznością. Niewidomi w jego obecności czuli się bezpieczni.

Andrzej Czartoryski był rasowym działaczem społecznym. Poza warsztatami, którymi kierował przeszło 21 lat i sprawami związanymi z zatrudnianiem i opieką nad absolwentami Zakładu, działał w komisjach społecznych Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi: szkolnej, do spraw rolnych i socjalnej. Nawet wtedy, gdy w roku 1980 rodziła się Solidarność, pracownicy mieli do niego zaufanie. Kontakty towarzyskie, zawodowe zawsze wykorzystywał do załatwienia jakichś spraw ludzkich, głównie niewidomych.

W czerwcu 1998 roku jak grom z jasnego nieba uderzyła nas wiadomość, że dyr. Andrzej Czartoryski cierpi na nowotwór płuc. We wrześniu tegoż roku poddał się operacji, ale wynik był tragiczny. Od tej pory rozpoczął się wyścig z czasem. On ciągle wierzył, że siły wrócą. Straszliwe bóle uśmierzano najsilniejszymi środkami znieczulającymi. 1 listopada tuż po północy zasnął bez znaków agonii. Można powiedzieć, że po prostu czekał na dzień Wszystkich Świętych, aby jego umęczoną duszę zanieśli przed Oblicze Pana.

Pogrzeb odbył się w kaplicy zakładowej i na cmentarzu Powązkowskim. I tak przedziwnie Bóg zrządził, że mszę św. pogrzebową składaliśmy w ten sam dzień 4 listopada, kiedy to przed 48 laty Olga i Andrzej ślubowali sobie w tej samej kaplicy żyć długo i szczęśliwie. Na cmentarz Powązkowski zawieźliśmy Jego ciało jako ofiarę złożoną z okazji odpustu, bo przecież 4 listopada to święto patrona powązkowskiej kaplicy Karola Boromeusza.

Państwo Czartoryscy mieli czwórkę dzieci: Katarzynę, Marię, Kazimierza i Michała. Ojciec był z nich dumny, bo wszyscy odziedziczyli po nim bakcyla pracy społecznej.

Dyr. Czartoryski nie gonił za rozrywkami. Jego pasją było myśliwstwo, ale jak mi sam opowiadał, nie lubił strzelać do zwierzyny, urzekało go przebywanie w ciszy leśnej i obserwowanie budzącego się dnia. Ileż to dzikiej zwierzyny nie spłoszył jego strzał, gdyż wolał bronić wszelkiego życia, aniżeli mieć radość myśliwego.

W 1992 roku był jednym z inicjatorów powołania Związku Rodu Czartoryskich Herbu Pogoń. Organizował wakacyjne zjazdy i cieszył się z poznanych ludzi.

Swoje przemówienie nad trumną w kaplicy laskowskiej zakończyłem słowami: „Drogi Andrzeju, w imieniu kierownictwa Zakładu, Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, pracowników i swoim własnym, a przede wszystkim w imieniu wszystkich niewidomych, którym służyłeś, składam Ci gorące podziękowanie za to, co zrobiłeś, za to, że byłeś wśród nas, że stanowiłeś dla nas żywe i piękne świadectwo, iż można iść przez życie, dobrze czyniąc”.

Pochodnia, styczeń 2000