Anna Wąsala s. Blanka

Muzyk, pedagog, nauczycielka

Organizatorka życia muzycznego w szkole w Laskach

Kierowniczka zespołów wokalnych

 

Muzyka pochodzi od Boga

Elżbieta Harasiuk

„Staram się uwrażliwiać dzieci na dobrą literaturę, poezję, muzykę staram się uwrażliwiać je na piękno, rozsmakować w działaniach wymagających wysiłku.(…) Nazwałabym to wspólnym przedzieraniem się przez poezję, wspólnym z kolei przedzieraniem się przez poszczególne akordy, aby w końcu móc wiązać muzykę ze słowem, zespolić je w pieśń” – tak mówiła o swej pracy siostra Blanka, która przez 50 lat dbała o edukację muzyczną uczniów Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Laskach.

Siostra Blanka jest właściwie rówieśniczką Lasek, bo przyszła na świat 1 czerwca 1921 roku w Jędrzejowie w rodzinie Marii z Piechowskich i Ignacego Wąsali. Na chrzcie otrzymała imiona Anna Grażyna, ale zawsze o sobie mówiła Hania. Dom rodziny Wąsalów był pełen muzyki, poezji i miłości. Wraz z rodzeństwem przeżyła tu cudowne, słoneczne dzieciństwo. Rodzice przekazywali dzieciom swoje pasje i zamiłowania. Matka pięknie recytowała poezję. Ukochany ojciec był skrzypkiem, ale potrafił grać także na innych instrumentach. Pracował jako nauczyciel muzyki. To on wprowadził córkę w magiczny świat dźwięków. W czasach przed drugą wojną światową nauka odbywała się najczęściej w szkołach z podziałem na żeńskie i męskie. Mimo że w klasie były same dziewczynki, nie była to społeczność jednorodna narodowościowo i religijnie. Jednak nie przeszkadzało to w nawiązaniu niepowtarzalnych więzi i w kształceniu wzajemnej odpowiedzialności i solidarności. Przypuszczalnie wtedy Hania Wąsalanka wstąpiła do harcerstwa, któremu została wierna do końca. W 1939 roku zdała egzamin dojrzałości, ale ponieważ już było „niespokojnie”, dziewczęta zrezygnowały z pierwszego w swoim życiu balu. Pieniądze na jego zorganizowanie zostały przekazane na przygotowania do wojny. Studia? Tak. Planowała pójść na polonistykę. Mimo rodzinnych tradycji muzycznych i posiadanych umiejętności, muzyka nie była tą dziedziną, którą chciała zgłębiać. Wojna pokrzyżowała wszystko. W tym okresie rodzina mieszkała w Łowiczu. Hania wraz z ojcem zaangażowała się w tajne nauczanie organizowane przez władze Polski Podziemnej. Trzeba pamiętać, że tajne nauczanie – jak i wiele innych rzeczy w tym strasznym czasie – było surowo zabronione. Z powodu swej przynależności zarówno do harcerstwa, jak i konspiracji, musiała się ukrywać. Przez pewien czas mieszkała u rodziny w Miechowie, potem była guwernantką. Jednak nie zaniedbywała swego rozwoju intelektualnego. Aby uchronić się przed niechybnym aresztowaniem i wywiezieniem na przymusowe roboty do Niemiec, zdała do Szkoły Muzycznej w Warszawie – dawnego Konserwatorium przemianowanego przez Niemców na szkołę zawodową. Legitymacja szkolna chroniła w pewien sposób przed wywiezieniem. I tak ten straszny czas dla siostry stał się czasem nabywania potrzebnych później umiejętności. A wspomnienia zostały zamknięte głęboko, w niedostępnych dla innych zakamarkach serca. Cała rodzina przetrwała zawieruchę wojenną. Wiosną 1945 roku Hanna Wąsalanka podjęła przerwane studia muzyczne w Łodzi. Studiowała na wydziale wokalnym i teorii specjalnej – tak wówczas nazywano teorię muzyki. W konserwatorium odnalazła wielu warszawskich profesorów. Zaczęła też pracować w szkole umuzykalniającej. Prowadziła lekcje słuchania muzyki (dziś audycje muzyczne), solfeżu – czytania nut głosem i zasad muzyki. Wygłaszała też prelekcje w ramach akcji Ludowego Instytutu Muzycznego. Wtedy też rozpoczęły się jej pierwsze zawodowe kontakty z radiem jako śpiewaczki i redaktorki jednocześnie. W latach 1947–1951 była asystentką na „swojej” uczelni i prowadziła tam ćwiczenia z harmonii oraz wykłady i seminaria z form muzycznych, folkloru i nauki o stylach. W latach 1947–1949 pracowała także w Łódzkiej Wyższej Szkole Teatralnej jako wykładowca przedmiotów teoretyczno-muzycznych. Bo życie hartuje. W 1948 roku zmarli ukochani rodzice Hani. Jako najstarsza z rodzeństwa musiała podporządkować swoje plany konieczności zaopiekowania się młodszą siostrą i bratem. Zlikwidowała mieszkanie w Łowiczu i wynajęła maleńki pokoik w Łodzi. Wiele życzliwości okazała jej wtedy matka słynnej skrzypaczki, Wandy Wiłkomirskiej. Aby rodzeństwo miało z czego żyć, Hania podjęła stałą pracę w łódzkiej rozgłośni radiowej. Najpierw objęła stanowisko redaktora muzyki poważnej, potem kierowała tym działem. Z powodu zmian personalnych poprosiła o zwolnienie jej z funkcji kierowniczej. Ogromny upór i determinacja pomagały Hani godzić obowiązki studentki, pracownicy i opiekunki młodszego rodzeństwa. Mimo tak wielu zajęć, w 1951 roku uzyskała dyplom ukończenia wydziału wokalnego (dyplom z teorii muzyki uzyskała w roku 1959).Życie stawiało zahartowanej dziewczynie nowe wymagania. Przez kilka następnych lat pracowała jako prelegentka i śpiewaczka, biorąc udział w koncertach szkolnych, których zadaniem była popularyzacja muzyki poważnej. Jej talentami zainteresowały się filharmonie łódzka i warszawska. Pracowała w obu. Z Warszawy wyjechała z powodu trudności mieszkaniowych. Do licznych talentów, którymi obdarzył ją Bóg, dodać należy talent literacki. Pisała artykuły o muzyce do czasopism fachowych, była autorką podręcznika do audycji muzycznych wydanego przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne, napisała także opowiadania o słynnych muzykach dla dzieci i młodzieży. Potrzeba zmiany stylu życia rodziła się stopniowo. Młodsza siostra założyła własną rodzinę, brat też był bardziej samodzielny. Hanna kilkakrotnie przyjeżdżała do Lasek, zanim podjęła kolejną, na pewno niełatwą decyzję. Rodzina zaakceptowała jej wybór. Znajomi… różnie. Ale nawet propozycja pracy w nowopowstającej katedrze harmonii nie zmieniła jej decyzji. Wybór drogi. Do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża Anna Grażyna Wąsalanka wstąpiła 12 października 1960 roku. Pierwsze śluby zakonne złożyła 11 lutego 1963 roku. Śluby wieczyste sześć lat później. W czasie I etapu formacji zakonnej, tj. postulatu, pracowała w Domu Dziewcząt jako wychowawczyni. Starsze koleżanki wspominają, że mówiły o niej „Mama Hania”. Kiedy były chore, czytała im książki, opowiadała bajki i śpiewała. Bardzo żałowały, gdy z powodu II etapu formacji, czyli nowicjatu, zabrano im Mamę-Hanię do Warszawy na Piwną. Tam przydały jej się umiejętności muzyczne, ponieważ pracowała jako organistka w kościele św. Marcina. Osoba, która tak wiele potrafiła w kwestii muzyki – chcąc poszerzyć swoją wiedzę w zakresie muzyki sakralnej – ukończyła w tym czasie jeszcze Studium Muzyczno-Liturgiczne dla sióstr zakonnych w Aninie. Już w postulacie wykazała się talentem reżyserskim, przygotowując sztukę Gertrudy von le Fort „Dialogi karmelitanek”, w której jedną z bohaterek jest młoda zakonnica żyjąca w czasach rewolucji francuskiej. Dziewczyna odczuwa lęk przed śmiercią, ale stojąc w jej obliczu, wykazuje się odwagą. W nawiązaniu do tej sztuki, podczas I ślubów zakonnych 11 lutego 1963 roku, siostra otrzymała imię „Blanka”. Po ukończeniu nowicjatu siostra Blanka (już nie Mama Hania) wróciła do Lasek jako kierowniczka internatu dziewcząt. Podczas swojej pracy wychowawczej bardzo troszczyła się o swoje podopieczne – organizowała w czasie wakacji obozy wędrowne, na których młodzież uczyła się bezpiecznie pokonywać góry. Starała się, aby w tamtych trudnych jeszcze dla osób niewidomych czasach jej wychowanki zdobywały możliwie najlepsze wykształcenie. Z zalęknionymi rodzicami prowadziła nierzadko długie dyskusje, aby wyrazili zgodę i pomogli swoim niewidomym dzieciom uczyć się w liceach ogólnodostępnych, ale nie ukrywała, iż od jednych i drugich będzie to wymagało sporo wysiłku. Zapraszała byłych wychowanków do Lasek, wspierając ich bardzo na duchu w czasie tych odwiedzin. Już wtedy przygotowywała z uczniami w internacie pierwsze przedstawienia teatralne, m.in. II i IV część „Dziadów” Adama Mickiewicza czy składającą się z wybranych utworów Jana Kochanowskiego inscenizację pt. „Lutnia janowa”. Jeszcze na rok wróciła do Warszawy po to, by studiować na Akademii Teologii Katolickiej (dziś Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego) i przygotować się do ślubów wieczystych. 11 lutego 1969 roku, siostra Paweł Blanka od Dobrego Pasterza złożyła śluby wieczyste. Dodanie drugiego patrona do pierwszego imienia zakonnego Siostry, było owocem studiów biblijnych i fascynacji osobą i nauczaniem św. Pawła - Apostoła Narodów. Potem znów wróciła do Lasek, by pełnić funkcję przełożonej domu św. Franciszka, a następnie kierowała Domem Chłopców. W tym czasie ożywiły się jej kontakty ze światem artystycznym. Do Lasek zaczęli przyjeżdżać muzycy z filharmonii, koncertowali m.in. Krystian Zimerman, Regina Smendzianka, rodzeństwo Wiłkomirskich czy Witold Małcużyński, który podarował ośrodkowi w Laskach swój fortepian. Słynny reżyser Krzysztof Zanussi z pasją opowiadał o swoich podróżach zagranicznych. Wtedy też rozpoczął się czas wielu przedstawień: bajki „Królowa śniegu” czy „Baśń o przepięknej Hannie” pozostały w pamięci widzów i aktorów (jak przypuszczam) na długo. Przedstawienia patriotyczne, takie jak „Krwią i blizną” czy „Noc listopadowa”, były okazją do uczenia nas, jak ważna jest Polska. To było przenoszenie historii do rzeczywistości. Siostrze nie przeszkadzało, że „nie tak wyglądamy”, że ktoś nosi okulary, czy ma inną wadę. Umiała te nasze cechy wykorzystać. Każde przedstawienie było przemyślane od początku do końca. Pisała role pod możliwości konkretnej osoby. Gdy zachodziła potrzeba, komponowała brakujące utwory. „Mikro kongresy kultury” to kolejny pomysł Siostry Blanki. Były to krótkie sympozja poświęcone przeróżnym zagadnieniom: muzyce, literaturze, historii czy astronomii. Dzięki tej dużej dawce wiedzy intelektualnej poznaliśmy m.in. Barbarę Wachowicz, profesorów Tazbira i Samsonowicza, wielu aktorów i znanych ludzi. Edukacja przez duże „E”. Na początku lat 70. ujawniła się w Laskach grupa zdolnej młodzieży, która zaproponowała siostrze, śpiewanie. Tak powstał zespół kameralny Cantus Gaudi, czyli śpiew radości. Zagrzebane talenty mogły ujrzeć światło dzienne. Siostra tworzyła dla nich repertuar, pisała melodie do tekstów m.in. ks. Twardowskiego, siostry Nulli i innych. Nieraz tworzyła teksty sama. Zespół przygotowywał także montaże słowno-muzyczne. Na wakacje wyjechali wspólnie na obóz. Dziś to normalne, że chłopcy i dziewczęta jeżdżą razem, ale wtedy… Siostra umiała przekonać władze, że „nic zdrożnego” się nie stanie. Dobrała odpowiednią kadrę i obóz się udał. Można powiedzieć, że owocem Cantus Gaudi jest co najmniej jedno małżeństwo. Siostra pracowała również jako nauczycielka w szkole podstawowej. Po śmierci pani Stefy Skibówny (niewidomej nauczycielki śpiewu i gry na fortepianie oraz kierowniczki chóru szkolnego) przejęła jego prowadzenie, a także uczyła języka polskiego, historii i nauki o kulturze, prowadziła też wychowanie muzyczne. Język polski wykładała niestandardowo. W swoich uczniach próbowała zaszczepić żyłkę dziennikarską. Bardzo zwracała uwagę na piękno wypowiedzi. W omawianych lekturach pokazywała postawy patriotyczne. W czasach, gdy nikt jeszcze nie myślał o audiodeskrypcji, organizowała szkolne wyjścia do nowo odbudowanego Zamku Królewskiego. Niewidomi byli tam zawsze otoczeni uważną opieką oraz „karmieni” dużą ilością wiedzy na temat historii i obyczajów danej epoki. W połowie lat 80. pojawiła się możliwość, aby istniejący wówczas chór żeński, zaprezentował się przed polonią australijską. Z opowieści uczestniczek tej „wyprawy życia” wiem, że był to trudny wyjazd, bo miał charakter regularnego tournee. Ponieważ w Polsce było wszystkiego mało, dziewczęta zachwyciły się dostępnością np. bananów i pomarańczy. Spotkało je wiele życzliwości ze strony tamtejszej polonii. W podobnym składzie odwiedziły jeszcze dwukrotnie Włochy. W latach 90. siedemdziesięcioletnia Siostra Blanka stworzyła kolejną formację muzyczną, która na kilkanaście lat stała się wizytówką Lasek. Był to chór „Leśne ptaki”. Podopiecznymi siostry byli ludzie, którzy rozumieli terminologię muzyczną i uczestnictwo w chórze nie było dla nich przykrym obowiązkiem, ale przyjemnością. Członkowie chóru byli równocześnie uczniami powstałej w Laskach Szkoły Muzycznej I stopnia, a Siostra Blanka – jak zwykle – uczyła. Tym razem prowadziła audycje muzyczne i chór, z którym odwiedziła kilka krajów: Anglię, Niemcy, Lichtenstein, Austrię i Włochy. W 2004 roku – na parę miesięcy przed śmiercią papieża Jana Pawła II – dane nam było spotkać się z Nim i otrzymać błogosławieństwo. Na pamiątkę, na jednym ze zdjęć są wszyscy razem: Jan Paweł II i siostra Blanka w otoczeniu chórzystów. Pokój i radość w krzyżu. Przez prawie cały czas spędzony w Laskach, siostra Blanka pełniła różne funkcje społeczne, świeckie i zakonne. Była członkiem Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi – zastępcą skarbnika. Ostatnie lata życia to było powolne odchodzenie. Najpierw przekazała prowadzenie chóru. Potem w 2006 roku odbył się benefis z okazji 85. rocznicy jej urodzin. Pamiętam, jak siostra boczyła się na określenie „benefis”. Uroczystość wypadła pięknie. Było wiele wzruszeń i ciepłych słów. Wśród wykonywanych wtedy utworów, była „Pieśń polska” Henryka Wieniawskiego. Utwór ten siostra darzyła szczególną sympatią, ponieważ jako nastolatka akompaniowała swojemu ojcu, gdy go wykonywał. Na uroczystości było wielu przyjaciół siostry i ludzi ze świata kultury. Za swoją ogromną pracę dla Ośrodka w Laskach, została uhonorowana medalem „Pax et gaudium In Cruce” – pokój i radość w krzyżu. W 2009 roku została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski w uznaniu dla wybitnych zasług w działalności społecznej na rzecz osób niewidomych i słabo widzących. Jeszcze przez pewien czas mieszkała w swoim przytulnym pokoiku w Domu św. Antoniego i zawsze cieszyła się, gdy ją odwiedzaliśmy. Mimo że chodzenie sprawiało jej problem, z radością krzątała się, przygotowując kawę czy herbatę. W takich chwilach uwielbiała wspominać o latach dzieciństwa, o trudnej młodości i o dawnych Laskach. Wielu rzeczom się dziwiła. Na niektóre się nie zgadzała. Np. oburzało ją to, że wychowawcy interesują się wychowankami tylko na swoim dyżurze, a potem już nie. Coraz częściej zdarzały się siostrze upadki. A to fotel tak się przewrócił, że siostra leżała pod nim (a był ciężki) i tylko swojemu hartowi ducha i cierpliwości zawdzięczała „uwolnienie się”. Oczywiście po kilku dniach opowiadała o tym zajściu z humorem. Chyba nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę ze stanu zdrowia siostry, który zimą 2012 roku pogorszył się znacznie. Na stałe przeniosła się do zakładowego szpitalika. Jednak myśl o zbliżającym się zlocie „Leśnych Ptaków” dodała jej skrzydeł. Przez te dwa wspólnie spędzone dni była bardzo szczęśliwa. Wspominaliśmy wyjazdy, koncerty, różne zabawne wpadki, no i w ogóle to, co było związane z chórem „Leśne Ptaki”. Opowiadaliśmy o tych, których nie było. W następnym roku szkolnym obecnie istniejący chór przy Szkole Muzycznej w Laskach przejął nazwę „Leśne Ptaki”. Oczywiście stało się to za wiedzą i aprobatą siostry. Na uroczystym koncercie, podczas którego ogłoszono ten fakt, powiedziała między innymi: „To dobrze, że chcecie kontynuować tradycje chóralne w Laskach. Ale „Leśne Ptaki” to nie tylko przyjemność, ale i ogromny obowiązek”. To było ostatnie publiczne spotkanie siostry z młodzieżą. Od jesieni 2012 roku mieszkała już w Domu św. Rafała – to dom dla starszych sióstr znajdujący się także na terenie Lasek. Stopniowo gasła. Stan swój jednak znosiła z niezwykłą cierpliwością i pogodą. Na szafce nocnej obok łóżka stało czarnobiałe zdjęcie ukochanego ojca. Mówiła coraz mniej, ale zawsze się uśmiechała. Miała świadomość swojego stanu. 7 lutego 2014 roku odeszła cicho i chyba bez bólu. Pozostały wspomnienia. Zdjęcia, papiery nutowe pełne melodii, kasety, płyty… I wiedza, którą przekazała innym: Joli Kaufman, Januszowi Kowalskiemu, Wiesi Stolarczyk i Ani Kuszaj. Swoim głębokim przeświadczeniem o możliwościach niewidomych i wiarą w nich mobilizowała kolegów muzyków do otworzenia serc i zaufania nam, że „damy radę”. Jednym z ostatnich zdań Siostry było: „Ach moi niewidomi – zawsze tak samo kochani, zawsze tak samo wierni”. Bądźmy więc wierni wartościom, które nam wpajała i nie zachowujmy ich tylko dla siebie. Dzielmy się dobrem z innymi.

Pochodnia, kwiecień 2014