Stanisław Bukowiecki

Ociemniały prawnik

Minister Sprawiedliwości w Radzie Stanu w latach 1916–1918

Organizator, a następie prezes Prokuratorii Generalnej w Wyzwolonej Polsce

 

Stanisław Bukowiecki. Współtwórca polskiego prawodawstwa

Marek Bachulski

U schyłku ubiegłego roku minęła główna listopadowa data, a także szereg pomniejszych, oddzielających okres sześćdziesięciolecia od czasów, gdy Polacy w różnych częściach kraju „wybijali się na niepodległość”. W tamtym też czasie przypada szczytowy okres aktywności człowieka, o którym nie powinni zapominać polscy niewidomi.

Stanisław Bukowiecki urodził się w roku 1867 we Włonicach na Kielecczyźnie. W jego rodzinnym domu świeże jeszcze były wspomnienia powstania styczniowego: rodzice – ojciec, znany lekarz, i matka, w charakterze pielęgniarki – prowadzili szpital polowy. Matka Stanisława – Zofia Bukowiecka – zajęła się później twórczością literacką dla dzieci. W jednym ze swoich utworów, „Książce dla Tadzia i Zosi”, popularyzowała historię Polski, tak ważną w okresie ujarzmienia narodowego, wprowadzając np. wierszowane daty dla łatwiejszego ich zapamiętania: „Jedynka, a za nią toczą się trzy zera – to Chrobry z Ottonem ugodę zawiera...”

Szkołę średnią kończy Stanisław Bukowiecki w Radomiu w tym samym prawie czasie, gdy w niedalekich Kielcach toczy się akcja „Syzyfowych prac”. Po maturze wstępuje na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Kontynuuje studia za granicznym kordonem na Wszechnicy Jagiellońskiej, by wreszcie zakończyć je uzyskaniem tytułu doktora praw na słynnym uniwersytecie w Heidelbergu. Musiał dobrze znać język rosyjski i niemiecki, bo tylko w Krakowie spotykać się mógł z polską terminologią.

Po powrocie młody prawnik zaczyna odczuwać pierwsze kłopoty ze wzrokiem. Postrzega tylko niektóre punkty pola widzenia i rozpoznaje światło, wreszcie i te wrażenia gasną. Niegolewski, poznany w Heidelbergu potomek szwoleżera spod Somosierry, który został asystentem sławnego okulisty, doktora Gałęzowskiego praktykującego w Paryżu, namawia go listownie do przyjazdu. Stanisław Bukowiecki wraca stamtąd już bez nadziei na odzyskanie wzroku, załamany, myślący o samobójstwie. Na wyjeździe do Paryża znacznie ucierpiała dobrze rozpoczynająca się praktyka adwokacka.

W przezwyciężeniu kryzysu psychicznego pomaga ociemniałemu matka, która służy mu pomocą lektorską. Artykuł napisany przez niego po utracie wzroku na temat przemysłu ciężkiego budzi zainteresowanie jednego z przemysłowców, który ułatwia mu otrzymanie posady syndyka (w przybliżeniu odpowiednik dzisiejszego radcy prawnego) w przemysłowych zakładach starachowickich. Bukowiecki wykorzystuje również swoją wiedzę prawniczą w rozwijającym się szybko przemyśle górniczym Zagłębia Dąbrowskiego, stając się jednym z najbardziej cenionych specjalistów w zakresie prawa górniczego.

Mimo klęski rewolucji 1905 roku walka o szkołę polską przynosi pewne rezultaty. Władze carskie zgadzają się na utworzenie wielu polskich instytucji oświatowych i innych. W Warszawie powstają Kursy Naukowe, z których później będzie czerpać swe kadry polski już Uniwersytet Warszawski. Wykłady prawa publicznego i administracyjnego powierzono Stanisławowi Bukowieckiemu.

Nie zapomina on także o ludziach, podobnie jak on, dotkniętych przez los. W 1910 roku, wespół z Różą Czacką, zakłada       Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, mające dziś, jak wiadomo, swą siedzibę w Laskach, a w trzynaście lat później zostaje honorowym prezesem Zjednoczenia Pracowników Niewidomych R.P. Nie zaniedbuje też pisania, nie tylko na tematy prawne, lecz również polityczno-ekonomiczne.

Wybucha wojna europejska, przeradzająca się wkrótce w światową. Po latach dopiero nadano jej mało zaszczytne miano pierwszej. Przy huku wylatujących w powietrze mostów na Wiśle Warszawa zmienia okupanta. Nie przerywając wprawdzie swej rabunkowej gospodarki, Niemcy próbują ugłaskiwać polskie społeczeństwo. Zezwalają na utworzenie Rady Stanu, mającej dać Polakom namiastkę rządu. Z myślą o budowie polskiego sądownictwa dla przyszłego niepodległego państwa, wchodzi Bukowiecki do resortu sprawiedliwości tej instytucji. Otrzymuje w niej stanowisko dyrektora departamentu, a po utworzeniu ministerstw, tekę ministra sprawiedliwości.

Po odzyskaniu niepodległości powierzono byłemu ministrowi odpowiedzialną pracę zorganizowania, a następnie prezesurę Prokuratorii Generalnej (nie mylić z prokuraturą), mającą na celu ochronę skarbu państwa. W instytucji tej tworzy jednolity zespół ludzi pochodzących z trzech zaborów, przyzwyczajonych do trzech różnych systemów prawnych. W swojej pracy zazwyczaj korzysta z pomocy osobistego sekretarza.

Trudno ocenić zasługi tego ociemniałego prawnika dla kodyfikacji prawa Polski niepodległej. To z jego inicjatywy w art.113 Kodeksu Karnego uznano za przestępstwo podżeganie do wojny zaczepnej. Na gruncie politycznym był zwolennikiem ustroju parlamentarnego, niezawisłości sądów, zagwarantowania praw jednostki ludzkiej.

Życie nie szczędzi mu ciężkich doświadczeń. Pierwsza żona umiera wkrótce po urodzeniu córki, która także umiera w młodym wieku. Drugi związek małżeński Bukowieckiego również nie trwa długo.

Tuż przed upadkiem Warszawy we wrześniu 1939 roku niemiecki pocisk zapala dom przy Żurawiej, gdzie mieszka prezes Prokuratorii Generalnej, i ten siedemdziesięciodwuletni człowiek wychodzi, jak stał, w jesionce, pozbawiony całego mienia. Odchodzi na zawsze w lutym 1944 roku.

Ostatnie lata, w których między innymi pisze kilkakrotnie do prasy podziemnej, wiążą się ze stratą trzech sekretarzy, aresztowani, nie wychodzą żywi z niemieckich rąk. W sprawie ostatniego, ryzykując własne życie, idzie sam z daremną interwencją w Aleję Szucha do siedziby gestapo. Mimo podeszłego wieku prezesa, polskie władze podziemne proponują mu w tym czasie przewodniczenie sądom specjalnym.

Może w przyszłości ktoś zainteresuje się głębiej tą postacią, godną stać się tematem powieści czy scenariusza filmowego. W Polsce był to na pewno pierwszy prawnik, który po utracie wzroku prowadził tak czynne życie zawodowe, własnymi zasługami osiągając wysokie stanowiska, przy tym cały czas, aż po wiek średni, dzielnie zmagając się z osobistą tragedią.

Gdy ktoś mówi o niewidomym, koncentrując się wyłącznie na jego kalectwie, abstrahując od charakteru, postawy moralnej i intelektu, w jakiś sposób go odczłowiecza. Stanisława Bukowieckiego trudno byłoby tak traktować. Nawet tworząc Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, nie ograniczał się do mikroświata niewidomych, służąc krajowi na różnych stanowiskach jako pracownik i obywatel. Płyta na jego grobie na Powązkach nie mówi nic, że był człowiekiem niewidomym: „Mąż stanu, znakomity prawnik, działacz i wychowawca społeczny o wielkim umyśle, rozległej wiedzy, niezłomnym charakterze i gorącym sercu. Życie poświęcił Polsce i walce o sprawiedliwość społeczną”.

Pochodnia, czerwiec 1979