Jadwiga Racka

Przyjaciel niewidomych w Lublinie

Lektorka czytająca przez wiele lat książki

 

Jeśli kochasz Boga, ludzi i książki...

Ryszard Dziewa

Trudno zgodzić się z porzekadłem, że nie ma ludzi niezastąpionych. Po odejściu bliskiej nam osoby długo odczuwamy pustkę i smutek.

2 października 2001 roku pożegnaliśmy Jadwigę Racką, która przez pół wieku związana była ze środowiskiem niewidomych Lubelszczyzny. Jej brak odczuwają szczególnie pracownicy spółdzielni, ponieważ z nimi przebywała niemal codziennie.

Każdego, kto się z nią przynajmniej raz spotkał, urzekała niezwykłą osobowością, swoim stosunkiem do spraw, życia i ludzi. Zawsze pogodna i uśmiechnięta, mimo tragicznych przeżyć w młodości. Już przy pierwszym kontakcie wyczuwało się w niej dużo ciepła i chęci bezinteresownej pomocy. W rozmowie koncentrowała się wyłącznie na swoim rozmówcy. Ludzie darzyli ją wielkim zaufaniem. Prawie codziennie przed rozpoczęciem pracy przychodziła do spółdzielni i czytała niewidomym książki.

Jako młoda dziewczyna marzyła o pracy w służbie zdrowia, przedszkolu albo w bibliotece. Marzenia te spełniły się. Została bibliotekarką i przepracowała w tym zawodzie do emerytury. Kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg biblioteki, kierowniczka przywitała ją tymi słowami: „Jeśli kochasz Boga, ludzi i książki, będzie ci z nami dobrze”. Mimo że czasy były wówczas trudne, mówiła, że jest jej bardzo dobrze, bo może dużo z siebie dawać innym ludziom. A przecież nie zawsze spotykała na swojej drodze róże.

A oto jak Jadwiga Racka wspominała pierwsze spotkanie z niewidomymi: „Był rok 1952. Pewnego dnia czytelniczka mojej biblioteki, pani Irena, powiedziała mi, że pracuje wśród niewidomych chłopców, którzy robią szczotki. – To młodzi ludzie, którzy stracili wzrok, zabawiając się po wojnie granatami – powiedziała. Po tej rozmowie nie mogłam spać całą noc. Pomyślałam, że to straszne nie móc czytać książek. Przy następnym spotkaniu powiedziałam pani Irenie, że jeśli chłopcy by chcieli, mogłabym przychodzić do szczotkarni i czytać im książki. Ona przychodzi na drugi dzień i mówi: – Proszę pani, wszyscy już czekają na panią. Od tego się zaczęło. Od tamtej pory chodzę do niewidomych dzień w dzień. Od czasu przeniesienia się spółdzielni na ulicę Głowackiego książki czytam przez radiowęzeł. Mam wrażenie, że całe moje życie toruje Duch Święty właśnie przez książki”.

Wspomina Mieczysław Miroński, jedyny z żyjących pionierów tworzenia na Lubelszczyźnie pierwszej w kraju spółdzielni niewidomych:

„Pierwszą książką, jaką zaczęła czytać pani Jadzia, był „Bolesław Chrobry” Gołubiewa. Dużo czytała książek historycznych. Ale nie tylko. Były książki obyczajowe, psychologiczne, podróżnicze, przygodowe. Umiała dobierać takie pozycje, które mogły nas zainteresować. Kiedy spółdzielnia przeniosła się na ulicę Bernardyńską, byliśmy wszyscy w jednym punkcie, ale pracowaliśmy w różnych salach. Pani Racka do tego stopnia była zaangażowana, że nie ograniczała się do czytania tylko w jednej sali. Każdego dnia musiała tę samą książkę czytać dwa razy, aby nikt nie był pokrzywdzony. Była z nami bardzo zaprzyjaźniona. Okazała się wspaniałym przewodnikiem na wycieczkach, chodziła z nami na różne imprezy. Organizowała spotkania w swojej bibliotece, gdzie dla czytelników występował nasz chór, zespół muzyczny i recytatorski. Przy tej okazji mogliśmy mówić o naszych problemach, pokazywać pismo Braille’a. Spotkania te były bardzo pożyteczne, ludzie w ten sposób najlepiej dowiadywali się o tym, jak żyjemy, jakie mamy problemy, a najważniejsze, że możemy być użyteczni dla innych. Wielu z nas było jej rówieśnikami. Bardzo podobał nam się jej głos, a także kobiecy wdzięk. Trudno nie zakochać się w takiej osobie. Ale z naszej strony mogła to być tylko miłość platoniczna. Pani Jadzia wszystkich traktowała tak samo, delikatnie dając nam do zrozumienia, że jesteśmy dla niej bardzo bliscy, ale w nikim nie zamierzała się kochać. Jej mąż był żołnierzem Armii Krajowej i zginął zamordowany przez krzewicieli władzy ludowej”.

Bliska jej przyjaciółka, Józefa Sieńko, mówi: „Jadzia nieprzerwanie przez 49 lat aż do śmierci zajmowała się społecznie upowszechnianiem książki wśród niewidomych. Umożliwiała im kontakt z literaturą. Czytała książki przez mikrofon w warsztatach szczotkarskich, towarzysząc przy przeprowadzkach, aż wreszcie dotarła z niewidomymi na ulicę Głowackiego 35, gdzie już mogła czytać przez spółdzielczy radiowęzeł. Musiała wstawać bardzo wcześnie, aby jeszcze przed rozpoczęciem pracy zdążyć na te niezwykłe spotkania niewidomych z książką. Dla wielu z nich, zwłaszcza we wcześniejszym okresie, była to jedyna możliwość kontaktu z literaturą. Z chwilą przejścia na emeryturę Jadzia miała więcej czasu dla swojej społecznej pasji. Zgromadziła wokół siebie wielu sąsiadów, małżeństw niewidomych, którzy wieczorem spotykali się w jej mieszkaniu, aby wspólnie posłuchać ciekawej książki.

Swoich kontaktów nie ograniczała do spółdzielni niewidomych. Często spotykała się z prośbami pracowników spółdzielni o pomoc ich dzieciom w dotarciu do lektur szkolnych. Zawsze mogli na nią liczyć. Jeździła na wycieczki jako przewodnik niewidomych, wyjeżdżała w charakterze opiekuna na turnus rehabilitacyjny czy wypoczynkowy. Wszędzie, gdzie się zjawiała, zjednywała sobie ludzi, niemal z każdym potrafiła współpracować, czas z nią spędzany był naprawdę niezapomniany. W 1978 roku zorganizowała przy spółdzielni niewidomych teatrzyk dziecięcy „Skrzaty”. W skład zespołu wchodziły dzieci pracowników spółdzielni oraz ich koleżanki i koledzy z pobliskich okolic. Sztuki wystawiane były w różnych lubelskich placówkach, a także w innych miejscowościach na terenie województwa”.

Jadwiga Racka była też pod urokiem Zakładu dla Niewidomych Kobiet w Żułowie. Bardzo często tam wyjeżdżała. Pomagała paniom w robieniu zakupów, czytała książki, chodziła na spacery.

Kiedy zapytałem Wiesława Wiśniewskiego, co może powiedzieć o pani Jadzi, z którą spotykał się niemal do końca, powiedział: „Moim zdaniem niewielu jest ludzi, na których zawsze można liczyć i którzy nigdy nie zawiodą. Pani Jadzia do takich należała. I chyba każdy, kto zwrócił się do niej o pomoc, nigdy bez niej nie odszedł”.

Nie przypuszczałem, że zadanie, jakiego się podjąłem, jest tak trudne. Bo nie jest łatwo pisać o człowieku, który swoje życie poświęcił dla innych. Słusznie mogą mi mieć za złe ci wszyscy, którzy mieli to szczęście obcować z Jadwigą Racką, że nie potrafiłem oddać tego, kim Ona naprawdę dla nas była. Ale milczenie byłoby chyba jeszcze większym błędem.

Pochodnia, styczeń 2003