January Kołodziejczyk

Profesor biologii, wybitny botanik

Badacz flory wodnej

Po utracie wzroku i unieruchomieniu przez inne choroby kontynuuje działalność naukową i publicystyczną

 

Na przekór losowi

Kazimierz Siedlecki

 

Czy kalectwo może zniweczyć rozwój zdolności, ambicje, karierę, z człowieka aktywnego uczynić cień spychany na margines życia społecznego? Tak, ale… Historia skrzętnie notuje, wypadki przeczące tej obiegowej opinii – Ludwig van Beethoven, Mikołaj Ostrowski (autor powieści „Jak hartowała się stal”), Henri Toulouse-Lautrec. Do tych, którzy heroicznie zmagali się z bezwzględnym losem i potrafili mu się przeciwstawić, należy prof. January Kołodziejczyk – znakomity polski botanik, działacz ochrony przyrody i popularyzator nauki. Jak podaje Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, „prace dydaktyczne i naukowe prowadził Kołodziejczyk intensywnie do końca życia, mimo dotkliwego kalectwa (stopniowy paraliż, później utrata wzroku)”.

Urodził się 10 lipca 1889 roku w Warszawie, w rodzinie robotnika kolejowego. Studia biologiczne odbył u profesora Marcina Raciborskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, tam też przez pewien czas był asystentem. Po powrocie do Warszawy nadal zajmował się dydaktyką i w roku 1925 został profesorem Wolnej Wszechnicy Polskiej. Jednocześnie prowadził intensywne badania w terenie szczególnie zajmował się florą zbiorników wodnych. Owocem tych zainteresowań była rozprawa doktorska o roślinności jeziora Świteź oraz dwie znakomite prace: „Krajobrazy roślinne nad Wisłą, charakterystyka i geneza” i „Zarys florystyczny okolic Warszawy”.

Prowadząc obserwacje naukowe, January Kołodziejczyk nieraz musiał brodzić w wodzie, nieraz przemarzł w mokrej odzieży i w tym doszukiwano się później przyczyn choroby, będącej zagadką dla ówczesnej medycyny. Zaczęło się około 1920 roku od kłopotów z okiem i potrzeby noszenia na nim ochronnej przepaski. Po pewnym czasie przyszło osłabienie nóg, potem ich usztywnienie (na wykłady musiał chodzić o kulach). Bywały takie dni, kiedy atak choroby zmuszał go do pozostawania w łóżku. Mimo stosowania najróżniejszych metod leczenia przez polskich i zagranicznych specjalistów, stan jego zdrowia pogarszał się. Począwszy od roku 1927 nie opuszczał już fotela, a w połowie lat trzydziestych przestał również władać rękoma. Proces ogólnego usztywnienia posuwał się – nawet szczęki mógł rozwierać zaledwie na tyle, ile potrzeba do mówienia, posiłki podawano mu przez otwór, powstały po usunięciu paru bocznych zębów. W roku 1930 przestał widzieć na jedno oko, po ośmiu dalszych latach zaniewidział także na drugie.

Bezsilność wobec choroby łagodził niesłabnącą intelektualną żywotnością. Nie mogąc kontynuować dotychczasowych badań, potrafił w ramach swojej specjalności znaleźć inne, dostępne dla siebie dziedziny naukowej penetracji. Zajął się ochroną przyrody – był jednym z inicjatorów założenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Przede wszystkim jednak poświęcił się historii botaniki oraz popularyzacji zagadnień przyrodniczych. Badał historię warszawskiego ogrodu botanicznego, pisał o dawnych polskich zielnikach, jego autorstwa jest także cenna praca, zatytułowana: „Kluk, dzieła i twórczość”, poświęcona Krzysztofowi Klukowi, polskiemu osiemnastowiecznemu botanikowi. Spod jego pióra wychodziły również podręczniki oraz liczne artykuły i książki popularnonaukowe. A przecież pracować było mu coraz trudniej… przykucie do fotela, sztywniejące palce z przywiązanym do nich piórem. Kiedy całkowicie stracił władzę w rękach i osłabły wzrok uniemożliwił samodzielną pracę, uciekł się do pomocy lektora – sekretarza. Dzięki znakomitej pamięci bez trudu wskazywał współpracownikowi odpowiednie dzieła, a nawet strony, gdzie były interesujące go informacje. Przy okazji warto wspomnieć, że w pracy swej korzystał z materiałów wypożyczanych mu do domu z przez biblioteki naukowe i archiwa. Jak wiadomo, ze zbiorów podobnych placówek korzystać można tylko na miejscu, tu jednak robiono wyjątek, z uwagi na sytuacje i rangę uczonego. W czasie hitlerowskiej okupacji, pozbawiony lektury specjalistycznej, sięgał po dzieła literatury pięknej, a spotykane tam opisy przyrody dostarczały mu okazji do porównań i naukowej refleksji o ściśle biologicznym charakterze. Tak właśnie powstało ciekawe studium, będące porównaniem sadu, opisanego przez Homera w „Iliadzie” z sadem opisywanym przez Adama Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”.

Praca jednakże – chociaż stanowiła cel życia – nie stała się jego wyłączną treścią. Szerokie zainteresowania i komunikatywność decydowały o tym, że wokół niego zbierała się zawsze duża grupa życzliwych mu ludzi. Potwierdza się w tym zasada, że miarą akceptacji własnego inwalidztwa jest przede wszystkim stosunek do ludzi. Nawet w najtrudniejszym okresie okupacji, kiedy zmuszony był opuścić Warszawę i zamieszkał w Zalesiu, z dala od swojego dotychczasowego środowiska, potrafił zyskać nowe, liczne grono znajomych i przyjaciół. Początkowo przychodzili do niego wiedzeni ciekawością bądź współczuciem. Szybko jednak zaczęto spotykać się w jego domu dla przyjemności obcowania z człowiekiem niezwykłym.

Trwała wojna, okupant niemal całkowicie zlikwidował polskie szkolnictwo i tajne nauczanie stało się potrzebą chwili. Tę właśnie pracę podjął z tym większą ochotą, że był urodzonym pedagogiem i szczerym patriotą. Początkowo była to pomoc z zakresu biologii, udzielana licealistkom przygotowującym się do matury, potem regularny komplet gimnazjalny, na którym uczył wszystkich przedmiotów.

Wraz z zakończeniem działań wojennych z nową energią przystąpił do pracy naukowej. Powstały wtedy cenne podręczniki akademickie, a także dla szkół ogólnokształcących i rolniczych. Publikacje te były ilustrowane zdjęciami i rysunkami, w których doborze pomagali mu przyjaciele i koledzy naukowcy. Szybkość, z jaką oddawał do druku poszczególne pozycje, zadziwia tym bardziej, że dla ich napisania musiał przewertować rozliczne materiały źródłowe. Intensywna praca i postępy choroby podkopały w końcu jego siły. Zmarł w Zalesiu koło Warszawy 14 marca 1950 roku, z żalem żegnany nie tylko przez najbliższych.

Co złożyło się na to, że mógł tak skutecznie przeciwstawiać się losowi prawie przez połowę swego niełatwego życia? Niewątpliwie zadecydowały zalety jego charakteru, wyniesiony z młodości hart ducha i upór, który musiał cechować robotniczego syna, pragnącego w tamtych niesprzyjających czasach zdobyć wykształcenie. Osiągnięta pozycja naukowa i sukcesy zawodowe stały się silną podporą w trudnych chwilach – tego nie mogła zaprzepaścić choroba. Pomogli mu także oddani przyjaciele i współpracownicy, a przede wszystkim wspaniała żona, która potrafiła mu być kimś więcej, niż tylko troskliwą pielęgniarką.

„Ten nadzwyczajny człowiek musiał znaleźć nadzwyczajną kobietę, która jego życie uczyniła arcydziełem swojego”. Tak pisze Wacław Borowy w eseju pt. „January Kołodziejczyk, czyli sztuka życia”. A w innym miejscy tej pracy czytamy: „bo w obecności tych dwojga ludzi nie wolno było używać słów wielkich. Wszystko, co ich dotyczyło, traktowało się jako coś, co jest zupełnie oczywiste i naturalne”. Ich wzajemny stosunek wyznaczały wartości, wobec których fizyczna ułomność jednego była czymś nieistotnym. To, co ich łączyło, co sobie w sferze uczuć, myśli i dążeń ofiarowywali i co na przekór wszystkiemu czyniło ich równorzędnymi partnerami, było najistotniejsze, a dla niego stanowiło nieustające potwierdzenie jego równorzędności ze wszystkimi ludźmi, najważniejszy punkt stały w trudnym i niepewnym świecie, dający oparcie, pewność siebie i odwagę.

Pochodnia, grudzień 1976