Halina Lubicz-Kirszke

Aktorka teatralna

Działaczka PZN

Organizatorka życia kulturalnego niewidomych na Ziemi Lubuskiej

Opiekunka Michała Kaziowa

 

Pasje Pani Haliny

Grażyna Wojtkiewicz

Szczęście to układ życia w najwyższym stopniu pomyślny i zadowalający, to także zrządzenie losu, sprawiające, że komuś się dobrze powodzi. Definicje szczęścia można mnożyć w nieskończoność. Każdy ma własną koncepcję tego stanu samozadowolenia, słowem – ilu ludzi tyle szczęść.

 

– Czy jestem szczęśliwa? – z tym pytaniem zwracamy się do pani Haliny Lubicz, znanej wszystkim naszym czytelnikom wybitnej aktorki oraz działaczki społecznej.

– Ależ tak. Teraz, z perspektywy tylu lat, mogę to stwierdzić z całą stanowczością. Wy, młodzi, nie potraficie tego docenić. I gdybym dziś ponownie stanęła przed wyborem własnej drogi życiowej – zrobiłabym dokładnie to samo. Jestem szczęśliwa, ponieważ wszystkie moje zamierzenia zostały uwieńczone powodzeniem. Nigdy też nie wyrządziłam nikomu najmniejszej krzywdy. Ta świadomość pozwala mi spać spokojnie z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

 

Niewielu jest ludzi, mających taką świadomość. Ci, którzy ją mają, mogą być pewni, że swe życie przeżyli godnie, z myślą o innych i dla innych.

Po raz pierwszy zetknęłyśmy się niemal dwadzieścia lat temu. Rozpoczynałam wtedy pracę w redakcji „Pochodni”, czułam się zagubiona w zupełnie nowym dla mnie i dotychczas nie znanym środowisku niewidomych. Już wtedy ta elegancka pani o niepospolitej urodzie, towarzysząca zwykle pełnemu humoru, niewidomemu bez obu rąk, wprawiała mnie w podziw. Jakże to z tym swoim nieszczęściem jeszcze potrafi się śmiać?

To ona sprawiła, ta aktorka, informowano mnie. A gdy poznałam bliżej niewiarygodną wprost historię pani Haliny Lubicz i jej wychowanka, dziś dra Michała Kaziowa, znanego działacza ruchu niewidomych, pojęłam, iż jest to kobieta ze wszech miar zasługująca na miano niezwykłej. Bo jakże inaczej określić te wszystkie lata wprost niewyobrażalnego trudu, samozaparcia, siły charakteru i wytrwałości niewidomego i jego nauczycielki, przewodniczki życiowej, matki, słowem osoby najbliższej, jeśli nie bohaterstwem? Czy wielu jest takich, których stać na to? Myślę, że nie, jestem całkowicie przekonana, że bardzo niewielu. I dlatego tym większa moja satysfakcja, że właśnie taką osobę mogę zaliczyć do grona także swoich znajomych.

„Ten eksperyment z Michałem – bo ja to tak nazywam – zakończył się sukcesem. Ale to przede wszystkim jego zasługa, człowieka o wyjątkowo silnej osobowości i ogromnej żądzy wiedzy. Moja rola polegała jedynie na umiejętnym wykorzystaniu tych cech jego charakteru”.

Pani Halina Lubicz obchodziła w lutym bieżącego roku jubileusz 75-lecia swych urodzin. W tym uroczystym dniu mogła przekonać się o sympatii, wdzięczności, i miłości wszystkich tych, z którymi zetknął ją los, bo każdy, kto spotkał ją choćby raz na swej życiowej drodze, nigdy o niej nie zapomniał. Jakże wzruszające były te wszystkie dowody pamięci, życzenia, gratulacje, symbole przywiązania, od widzących i niewidomych ze wszystkich niemal zakątków kraju, od ludzi straconych nadziei, którzy z jej pomocą ponownie uwierzyli w siebie i własne możliwości. A nie jest to łatwe, gdy w kwiecie wieku cały z trudem budowany świat młodzieńczych marzeń wali się w gruzy. Ale pani Halina to potrafi i za to ją wszyscy kochamy i podziwiamy, za jej serce, żywiołowość, temperament. Do dziś jest powierniczką najbardziej osobistych radości i tragedii wszystkich mieszkańców bloku, w którym obecnie mieszka. Każdy obdarza ją życzliwością. Ale i ona nigdy nie skąpiła jej innym. Nagrodą za jej wielkie serce był przyznany jej przez dzieci Order Uśmiechu. Za swą działalność aktorską i społeczną otrzymała wiele odznaczeń, łącznie z Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Losy ludzkie wyznaczają sprawy małe i wielkie. W życiu pani Haliny nie brakowało i jednych i drugich. Już jako mała dziewczynka (urodziła się w 1906 roku w Białej Podlaskiej) przejawiała talent aktorski. I nic dziwnego! jej rodzice także byli aktorami. Uczęszczała więc od piątego roku życia do szkoły baletowej w Dreźnie, a także do konserwatorium. Później pobyt na prywatnej pensji w Kutnie i gimnazjum humanistycznym w Toruniu. Ciągnęło ją do teatru, ale rodzice postanowili, że najpierw zdobędzie przyzwoity zawód. Posłali ją więc do szkoły handlowej. Decyzji rodziców nigdy nie żałowała, gdyż ten przyzwoity zawód pozwolił jej nieraz przetrwać w najtrudniejszych życiowych chwilach.

„To były zupełnie inne czasy. Zawód aktora nie zapewniał poczucia stabilizacji. Gdy zostawałam na >lodzie< jako aktorka, ratowały mnie umiejętności zdobyte w szkole handlowej. I wreszcie przyszła upragniona dojrzałość, kiedy mogłam już sama zadecydować o własnym losie. Wybrałam oczywiście teatr. Zdałam egzaminy jako eksternistka i zostałam aktorką Miejskiego Teatru w Toruniu. Było to w 1925 roku. Od razu wpadłam w wir pracy. Prawie co tydzień odbywały się premiery. Oprócz prób w teatrze, zajmowałam się instruktażem amatorskich zespołów teatralnych. A później małżeństwo, małżeństwo i wyjazd do Poznania. Tu też zastała mnie wojna. Nadeszły ciężkie czasy. Zmuszono mnie do podjęcia pracy sprzątaczki w niemieckim urzędzie. Sprzątałam 14-pokojowe biuro łącznie z paleniem w piecach. W Poznaniu, w czasie okupacji, wspólnie z moimi kolegami aktorami, zorganizowałam podziemny teatr lalkowy. Pracowałam też jako sanitariuszka”.

W czasie okupacji pani Halina ratuje dwoje dzieci chorych na dyfteryt od niechybnej śmierci, zdobywając dla nich Surowicę.

Nadeszła wolność. Pani Halina od pierwszych jej dni włącza się do odbudowywania zniszczonej ojczyzny. Robi to, co umie najlepiej. Znów organizuje w Poznaniu teatr dla dzieci. Pisze też sama bajki, reżyseruje, organizuje dziecięce zabawy. Drugim niejako nurtem działalności pani Haliny, oprócz aktorstwa, jest praca społeczna wśród niewidomych.

„Po raz pierwszy zetknęłam się z niewidomymi jeszcze w Toruniu, gdy rozpoczynałam pracę w tamtejszym teatrze. Ponieważ dobrze grałam na fortepianie, często akompaniowałam wybitnemu niewidomemu skrzypkowi Włodzimierzowi Bielajewowi. Nie dostrzegałam jego kalectwa, cała pochłonięta cudowną grą. Dawaliśmy wtedy wspólne koncerty.

Drugi kontakt był już po wojnie w Poznaniu. Tu przy Teatrze Młodego Widza, gdzie byłam dyrektorem, prowadziłam poradnię dla teatrów amatorskich. Pewnego dnia przyszła do mnie delegacja z Polskiego Związku Niewidomych z prośbą o pomoc w zorganizowaniu u nich amatorskiego zespołu teatralnego. Najpierw wysłałam tam dwóch moich kolegów, ale nic z tego nie wyszło, gdyż kontakt z ludźmi tak ciężko poszkodowanymi przez los był dla nich >zbyt dużym przeżyciem<. Musiałam więc iść tam sama, i tak >wdepnęłam< aż do dziś.

Tę moją pierwszą pracę z niewidomymi wspominam z dużą przyjemnością. Stworzyliśmy zespół chóralny, recytatorski i tercet żeński, przygotowaliśmy atrakcyjny program, dając występy w całym województwie. Ileż satysfakcji dawała mi ta praca. Ci ludzie autentycznie garnęli się do kultury, a występ w teatrze podnosił ich poczucie własnej wartości, tak ważne dla każdego, pozbawiał kompleksów. To nie to co dziś, gdy świetlice świecą pustkami. Teraz ludzie są zbyt leniwi, zapracowani, zmęczeni. wystarcza im rozrywka tradycyjna – radio i telewizja. Mówiono mi wtedy często: >Pani Halinko, przecież najpierw, trzeba im zapewnić pracę, muszą zarobić na jedzenie. Dopiero wtedy będzie można pomyśleć o oświacie i kulturze<. Nigdy nie zgadzałam się z takimi twierdzeniami, jeśli będą mieli zapewniony byt, wtedy nie będą chcieli mieć nic wspólnego z kulturą. Moje przewidywania okazały się prorocze. Dzisiejszy ruch amatorski zamiera”.

Raz nawiązany kontakt staje się drugą pasją pani Haliny. Po wyjeździe z Poznania do Zielonej Góry, gdzie mieszka i działa do dziś, również i tu rozwija pracę kulturalną dla niewidomych. I nie tylko, prowadzi kursy rehabilitacyjne, nauki brajla, orientacji przestrzennej, gotowania, prasowania. Organizuje liczne wystawy popularyzujące sprawy niewidomych, spotkania z młodzieżą i dorosłymi. Jest wszędzie tam, gdzie jej potrzebują. Odwiedza w szpitalu nowo ociemniałych, pomagając im „ustawić się” w warunkach życia po niewidomemu. Jej osobowość emanuje na otoczenie, zmusza do działania.

Nieraz trzeba brutalnie wtargnąć w czyjeś życie, bo często jest to jedyna droga, choć w tym momencie „delikwent” zżyma się na taki nietakt, to jednak z perspektywy czasu potrafi to właściwie ocenić. Każdy człowiek jest inny i trzeba być niezłym psychologiem, by sprowokować go do ukazania wnętrza swej duszy.

Pani Halino, ma Pani duże doświadczenie w pracy z niewidomymi. Proszę powiedzieć, co w ich zachowaniu, sposobie bycia drażni panią najbardziej?

– Ponieważ jestem aktorką, ruchy i gesty są dla mnie podstawowymi formami wyrazu, właśnie u niewidomych najbardziej drażnią mnie ich nieskoordynowane, często niepotrzebne gesty, mimika, grymas twarzy. Staram się na to zwracać szczególną uwagą, gdyż takie nieprawidłowości często są odbierane przez otoczenie widzących jako dodatkowe upośledzenie umysłowe.

– A jakie rady przekazałaby Pani instruktorom naszych świetlic, prowadzącym pracę kulturalną?

– Jeżeli tę zdolność posiadają, wtedy żyje świetlica. Trzeba jej bywalcom „zakręcić w głowie”, nie pozwolić na bezczynność, muszą być ciągle w ruchu, gdyż tylko wtedy przeradza się to w przyzwyczajenie, rozrywkę kulturalną traktuje się jako coś niezbędnego do życia.

– Instruktor do spraw kulturalno-oświatowych, przystępując do pracy, musi dobrze poznać ludzi, dla których ma ją organizować, ich zainteresowania, gusty, poziom intelektualny wśród niewidomych. Co zrobić, by świetlice tętniły pracą, by były stałym elementem życia ich bywalców?

– Nie jest to łatwe. Praca świetlicowa musi być bardzo ciekawa, zaś instruktor prowadzący zajęcia, powinien mieć nie tylko odpowiednie przygotowanie, ale i predyspozycje, czyli wrodzoną zdolność emanowania na jakąś grupę. Od tych wszystkich elementów uzależnione są formy pracy świetlicowej. Niewidomi są bardzo nieufni, nie można ich oczarować, na przykład, pięknym uśmiechem. Trzeba ich zasugerować czymś więcej. Tę pracę po prostu trzeba lubić. Instruktor musi być jednostką twórczą, musi współtworzyć razem z innymi życie kulturalne. Tylko wtedy jego wysiłek może być uwieńczony powodzeniem.

– Pani Halino, niech Pani przyjmie także od nas i od naszych czytelników wyrazy szczerego uznania, podziwu za całe Pani piękne, twórcze życie. Życzymy Pani jeszcze wielu sukcesów w pracy społecznej i szczęścia w życiu osobistym.

Pochodnia, maj 1981