Zofia Bohdanowicz s. Monika

Nauczycielka i bibliotekarka w szkole w Laskach

Absolwentka trzech fakultetów uniwersyteckich

 

Przyjaciel

Anna Kaźmierczak

W życiu każdego zaistniał ktoś szczególnie ważny, kto w istotny sposób wpłynął na kierunek rozwoju swojego wychowanka. Dla mnie kimś takim była z pewnością siostra Monika ze szkoły niewidomych w Laskach. Odnoszę ponadto wrażenie, że ta niekonwencjonalna, barwna postać nie została dotąd doceniona w dostatecznym stopniu. Dlatego więc, choć nie dysponuję wystarczającą ilością materiału biograficznego z jej życia, czuję się wewnętrznie zobowiązana do napisania tego wspomnienia.

W listopadowe popołudnie, po trzech miesiącach pobytu w szkole, zjawiłam się w bibliotece brajlowskiej. – Proszę o coś małego, bo niezbyt płynnie czytam brajlem – powiedziałam do siostry Moniki. W odpowiedzi podano mi bardzo ciężki i gruby tom. Kiedy go otworzyłam po powrocie do internatu okazało się, że jest to książka pod tytułem „Wśród naszych łąk i borów” Lewickiej, w sześciu tomach. Poczułam się przygnieciona jej objętością, ale poczucie obowiązku wzięło górę i zabrałam się do czytania, brnąc z trudem przez nasze łąki, lasy i knieje.

To było pierwsze zaistnienie siostry Moniki w moim życiu, siostry Moniki wymagającej. Przez kilka następnych lat los nas jakoś bliżej nie zetknął. Czasem tylko przychodziła czytać nam pod nieobecność jakiegoś nauczyciela. To nie było jednak takie sobie czytanie. Takiego lektorowania nie powstydziłby się najlepszy aktor, a słuchacz czuł się, jakby był w teatrze.

W ostatniej klasie szkoły podstawowej przyszła nauka chemii, a z nią – siostra Monika. Wiedza, jaką wyniosłam z jej lekcji, wystarczyła mi chyba na pół szkoły średniej. Wykładała tak prosto, klarownie i logicznie, że nie można nie było nie rozumieć.

Prostota w całym sposobie bycia to była jedna z głównych cech siostry Moniki. Metodą szeptaną przekazywana była z ust do ust wieść, że siostra Monika jest naukowcem wysokiej klasy, ale nie miała w sobie nic sztucznego, nic na pokaz. Przez cały okres szkoły zawodowej siostra Monika była moją wychowawczynią. Z podsłuchiwania pod drzwiami w czasie rad klasyfikacyjnych wiedzieliśmy, że z całą energią zawsze broniła słabszych uczniów, twierdząc, że szkoła zawodowa to nie uniwersytet. Była dobra, ale nie była to dobroć mdła, przesłodzona, ckliwa, nic na pokaz.

Pewnego razu siostra Monika zrobiła nam piętnastominutowy sprawdzian z teorii Darwina. Ponieważ czasu na pisanie było niewiele, starałam się maksymalnie streszczać. – To jest praca inteligentnego lenia i skąpca – powiedziała siostra Monika, oddając mi sprawdzian.

Innym razem nie przygotowałam się do lekcji z geografii, bo właśnie poprzedniego dnia słuchałam wraz z innymi festiwalu Mozarta, z polecenia nauczyciela muzyki, a rano czytałyśmy „Kordiana”. W takich razach miałam zwyczaj stawać na baczność i oznajmiać nauczycielowi, że nie przygotowałam się do lekcji. – A ty Anna, co tak stoisz, jak do przysięgi? – zagadnęła siostra Monika. Całe napięcie natychmiast mnie opuściło, a humor zdziałał swoje. Na najbliższej przerwie, kiedy byłyśmy same na korytarzu, siostra Monika zagadnęła jakoś tak, jak kumpel. – No i co, Anna, podobała ci się ta Jowiszowa? W odpowiedzi uśmiechnęłam się z wdzięcznością – a więc znała powody nieprzygotowania się do lekcji, zrozumiała.

Wraz z podjęciem przeze mnie nauki w szkole średniej przyszły trudności – brak podręczników, liczne klasy, znaczna różnica wieku. Nie pisałam do moich przyjaciół. Nie pozwalała mi na to ambicja. Chciałam sama uporać się z trudnościami. Był to czas niełatwej próby. Wreszcie zdecydowałam się napisać do siostry Moniki, ale nie po to, żeby prosić o pomoc, ale po to, aby opowiedzieć o sobie. Odpowiedź dostałam prawie natychmiast. Nie była długa. Właściwie streszczała się głównie do jednego pytania: co ci przepisać?

Naprawdę nie przyszło mi do głowy, żeby o coś takiego prosić, jednak moja sytuacja nie była łatwa. Wszystkie teksty z łaciny musiałam przepisywać na tabliczce pod dyktando koleżanek. Siostra Monika niespodziewanie rozwiązała mi ten trudny problem.

Innym razem napisałam, że czuję się osamotniona. Odpisała mi, że ona też tak czuła w młodości, że z wiekiem ten stan w znacznym stopniu mija. Dalej pisała słowami Thomasa Mertona, że – „Nikt nie jest samotną wyspą”, bo każda rzecz, którą weźmiemy do ręki świadczy o więzi z ludźmi, ponieważ jest wykonana przez innych, bez których nie moglibyśmy się obejść. To powołanie się osoby tak życiowo doświadczonej na własne przeżycia odczułam jako wielką nobilitację i wyróżnienie, jako gest przyjaźni.

Pewnego razu, kiedy już pracowałam, opowiadałam siostrze Monice z wielkim przejęciem, że pewna grupa pracowników wcale nie interesuje się książką. Siostra uśmiechnęła się tylko w odpowiedzi i powiedziała, że kiedy ona zaczęła pracę wśród niewidomych, podzieliła się z mądrym człowiekiem takim samym problemem. Otrzymała taką odpowiedź na swoje rozterki: „Czy myślisz, że człowiek ten, szewc z zawodu, kiedy był jeszcze widzący, siedział godzinami nad gazetą lub książką? Dlaczego więc, gdy utracił wzrok, miałby się stać zapalonym czytelnikiem i miłośnikiem lektur”.

Stwierdzenie było tak oczywiste, że dech mi zaparło, a kamień spadł z serca. Bibliotekę brajla siostra Monika prowadziła niemal do końca swoich dni. Nie przeniosła się też do nowo wybudowanego szpitalika, została nadal w starym baraku i podobno sama nosiła sobie wodę do mycia.

Nie pamiętam, żeby była kiedy w jakichś władzach. Może była, ale nigdy o tym nie słyszałam. Za to na zjeździe absolwentów brawa niewidomych na jej cześć brzmiały chyba z dziesięć minut. Miała ostry język i cięty dowcip, to prawda, ale to czyniło ją jeszcze bardziej interesującą. Zresztą każdy dobrze wiedział, że pod tą zewnętrzną powłoką kryje się gołębie serce, bo siostra Monika była przy tym ciepła i serdeczna. Przypomniało mi się jeszcze jedno zdarzenie ze szkoły świadczące o tym, z jaką energią umiała zwalczać nieśmiałość swoich uczniów.

Pewnego razu spółdzielnia „Nowa Praca Niewidomych” zorganizowała dla nas „zgaduj-zgadulę”. Sala była po brzegi wypełniona ludźmi. Siostra zwróciła się do mnie z propozycją, żebym wzięła udział w tej imprezie. Odmówiłam. Nie czułam się dostatecznie pewna. Siostra wysłuchała mnie i odeszła. Kiedy jednak zaczęła się uroczystość i skierowano do nas pytanie, kto się zgłasza, niespodziewanie podszedł do mnie pan Ruszczyc, mocnym ramieniem wyciągnął mnie z ławki i poprowadził przez salę. Nie powiedział przy tym ani jednego słowa. W przyspieszonym tempie rozważałam, jak mam się zachować. Uznałam wreszcie, że szarpanie się z panem Ruszczycem przy tak licznej publiczności byłoby kompromitujące, po czym już spokojnie weszłam na scenę.

Kiedy przychodziłam z mamą do siostry Moniki, przyjmowała nas tak, jakby mamę znała od zawsze. Ostatnie moje spotkanie z siostrą Moniką miało miejsce właśnie na zjeździe absolwentów. To wówczas nasz tercet zaśpiewał piosenki, które tak lubiła. Przecież wszyscy wiedzieliśmy, jak wspaniale zna się na muzyce.

Tylko raz w życiu oberwało mi się od siostry Moniki, a miało to miejsce wówczas, kiedy na jakieś uwagi wzruszyłam ramionami. Jednak nie mogło być inaczej. W jakiej to dobrej rodzinie dziecko nie dostanie czasem bury, jeśli chce się je wychować na porządnego człowieka?

Pochodnia, lipiec 1994